Moja czarna skrzynka… otwarta…

Moja czarna skrzynka... otwarta...
Moja czarna skrzynka… otwarta…

Gram z synem w karty… takie jego karty, z postaciami z Lego. Fajna zabawa. Kilka razy dziennie gramy, bo lubi. Mała też się czasem przyłącza i bierze udział w tasowaniu i rozdawaniu kart. Najfajniejsza w tej zabawie jest atmosfera. Wszyscy się śmieją i są zadowoleni…

Dzieci są takie ufne i biorą to, co mamy im do zaoferowania w danym momencie. Pakują w te swoje skrzyneczki skarby na życie. To, co od nas dostaną. Po latach je otworzą…

Ja też mam parę takich skrzyneczek. Bałam się do nich zaglądać. W zasadzie nigdy nie zaglądałam, bo wiem, co mogłabym tam znaleźć: strach, ból, lęk, przerażenie, poniżenie, wstyd, opuszczenie, smutek, smuteczek nie jeden, ale tysiąc…

Ta skrzynka leży na samym dnie mojego serca…

Mama ubierała mnie zawsze w białe rajtuzki. Zawsze. Nie wolno było mi ich zabrudzić. To było nierealne, bo moja ciekawość i ruchliwość były spore. I przychodziłam za każdym razem ubrudzona w tych rajtuzkach. I zawsze było lanie. Ręką, pasem, kablem, kapciem, szarpanie, ciąganie za włosy i straszenie. Potem nie odzywała się do mnie długo, a ja miałam siedzieć w pokoju.

Pewnego razu czysta jak krochmal wyszłam z domu, by pobawić się na podwórku. Pamiętam, że chodziłam samotnie. Nikogo nie było. Nie było dzieci, a jakby były bałabym się do nich podejść. Więc chodziłam sobie. Znalazłam patyk. I tym patykiem malowałam coś na ziemi. Usłyszałam głos dzieci, bawiących się nieopodal. Tam stała beczka ze smołą. Podeszłam do nich. Bawili się tak, że rzucali patyki do beczki albo zanurzali końcówki patyków w smole i kręcili takie kulki, jak lizaki. Spodobało mi się. Też chciałam spróbować. Wzięłam patyk. Zanurzyłam. Było fajnie. Potem nie pamiętam już dokładnie jak to się zaczęło, ale chłopcy wymyślili taką zabawę, aby mnie wysmarować tą smołą, pobrudzić. I tak robili. Płakałam i prosiłam, by przestali, bo przecież miałam być czysta. Niestety byłam brudna. Wróciłam koło domu, ale bałam się wejść, więc stałam przy klatce schodowej. Pomyślałam, że poczekam na tatę. Przy tacie mama nie lała mnie, i nie szarpała, i nie krzyczała. Ale w pewnej chwili przyszła sąsiadka i powiedziała: – Ale ty wyglądasz. Mama na pewno da ci lanie! I zaczęła wołać mamę przez okno. W końcu pokazała się moja mama. Twarz miała wykrzywioną ze złości. I kazała mi iść do domu. Na klatce schodowej jeszcze przy sąsiadce mnie zwyzywała, zbiła kijem i kazała stać na wycieraczce. Potem rozebrała mnie do majtek i szorowała masłem i gąbką. Skórę miałam czerwoną. Bolało i paliło mnie wszędzie. Pamiętam jak mama płakała, że ma ze mną tyle roboty. Resztę dnia spędziłam sama w swoim pokoju. Mój brat, przechodząc pokazał na mnie palcem i śmiał się ze mnie.

To siedzenie w pokoju i w domu pamiętam najbardziej. To była kara za nieposłuszeństwo. Siedziałam tam całymi dniami. Czasami kilka godzin sama w domu.

Do historii rodzinnych przeszła opowieść jak mnie zostawili w domu samą. I zachciało mi się kupy. A nie umiałam robić kupy do kibelka, więc stał tam nocnik. I załatwiłam się do tego nocnika, jak mama kazała. Tylko że po jakimś czasie chciałam tę kupę wyrzucić do kibelka, bo śmierdziała. Ale się nie udało trafić. Więc próbowałam wyczyścić i sprzątnąć tę kupę z podłogi. Było coraz gorzej. Ręce brudne wytarłam o ścianę, bo nie sięgałam do kranu nad wanną (tylko taki był). I schowałam się. Ale lanie i śmiech brata mnie nie ominęły. A historia była przytaczana w każdym momencie mojego dalszego życia. Mama myła te ściany i krzyczała i wykrzywiła się strasznie. Miałam wtedy 4 latka.

Kiedy jadłam posiłek zawsze na stole leżał obok talerza z zupą, której nie znosiłam, pas. Taki gruby, skórzany pas od spodni. I te wrzaski nad tym talerzem. Ojciec mówił, że zdechnę…

Miałam kilka lat i mówili mi, że mojego brata urodziła mama, a mnie znaleźli na ławce w parku. I tak za każdym razem to mówili. Aż uwierzyłam i przestałam pytać. Tak też się czułam. Dosłownie mówili na mnie ZNAJDA. Sporo czasu spędziłam w domu, przeszukując szuflady, czy nie natknę się na papiery adopcyjne. Wyobrażałam sobie, że jestem adoptowana. A tam gdzieś żyją moi rodzice, ciepli i kochani, i gdyby tylko dowiedzieli się, jak mi tu źle, to na pewno by mnie zabrali.

Mama miała wiele koleżanek. Ja nie. Moje były dla niej głupie i takie niefajne. Szczególnie imponowały jej kobiety silne. I pod wpływem takiej znajomości zmieniła też zachowanie wobec mnie, gdy byłam starsza. Niestety dla mnie, na gorsze. Wtedy zaczęła mnie traktować jak służącą. Zamykała w domu i miałam sprzątać. Cały czas w domu i cały czas sprzątać. I ładnie wyglądać na zewnątrz, koniecznie z długimi włosami. A w domu sprzątanie co tydzień jak na święta. Szorowałam podłogi taką szczotą drucianą. Potem je myłam. Potem odkurzałam i szorowałam dywany. Tą samą szczotką. Dywany prałam raz w miesiącu. Potem prasowanie. Cała sterta prasowania i składanie w kostkę. Potem kryształy. Mama lubiła kryształy, kieliszki, kielichy, filiżanki, dzbanki… było tego z kilkadziesiąt sztuk. I to ja zawsze je myłam. Najpierw w misce z ciepłą wodą, potem z chłodną z octem, potem suszenie i polerowanie. I jeszcze szyby i szafki przy okazji przecierałam. Schodziło jakieś 5 godzin. Ale nie dziękowano mi za to. Za to były nowe zadania. A przy najmniejszej próbie powiedzenia swego zdania byłam wyzywana, często dostawałam w twarz (mama zawsze mówiła „W papę”). I dostawałam w tę papę dość często. I byłam straszona, że dostanę w papę przy ludziach. A do koleżanek mówiła, że nie umiem pracować i jestem leniem…

Karała mnie też milczeniem i niekupowaniem czegokolwiek co chciałam, by mi się w głowie nie poprzewracało. I na studniówkę miałam nie iść. Bo się wstydziłam, gdy kazała mi iść w mojej dyżurnej sukience sprzed lat. Powiedziała, że doszyje do niej falbankę. I doszyła. Choć płakałam i prosiłam, by tego nie robiła. Nic nie kupiła. Jak mnie koleżanki zobaczyły w tej sukience, to najpierw wyrwałam tę falbankę. Nic nie pomogło, więc ta która miała najbliżej do domu wyskoczyła i przyniosła mi jakąś sukienkę. Mamie nie powiedziałam. Dopiero na zdjęciach zobaczyła mnie w innej kreacji. – Wyglądałaś okropnie brzydko. Ale sama chciałaś.

Milczenie nawet wołałam od jej gadania. To była najczęstsza kara. Milczenie całymi dniami. Nawet gdy coś chciałam do szkoły, to jej nie obchodziło. Milczała… Obiadu też nie dostawałam. Albo mówiła:
– Masz, żryj. Bo zdechniesz.

Pamiętam też jak słyszałam jak z koleżankami rozmawiała. Zazwyczaj schodziły się do nas przed południem „na kawę”. Dwie, trzy… i lamkę wina, dwie, trzy lampki. Było wesoło. Zawsze po alkoholu twarz jej jaśniała i robiła się miła i spokojniejsza. Lubiłam, jak się napiła. Była dostępniejsza. Jak koleżanki wychodziły, już nie było wesoło. Raz podsłuchałam taką rozmowę o dzieciach. Mama mówiła, że by sobie jeszcze jedno zrobiła, ale jej się nie chce chować. Na to koleżanka jej powiedziała: – Co się martwisz. Córka ci wychowa. I tego bałam się najbardziej. Bałam się jeszcze jednego kłopotu, obowiązku. Byłam przerażona. Nie wyszłabym z tego domu nigdy. I tak nie wychodziłam. Byłam pewna, że siedziałabym z tym dzieckiem sama w domu godzinami, a mama wystrojona biegałaby po mieście u koleżanek. Potem by wszystkim mówiła, że jest taka zmęczona, a ja to największy leń. Bałam się więc każdej libacji w domu. Bo po każdej takiej libacji mama szła do ojca do łóżka. Tylko wtedy. Poza tym to spała ze mną. Jak ja tego nie cierpiałam. Tego spania ze mną. Przytulała się za blisko i kazała siebie przytulać. Czułam wstręt. Jak widziała, że nie chcę, to dostawałam w policzek. A po libacji szła do ojca. Ja wtedy leżałam pod kołdrą i zatykałam sobie uszy, bo wszystko było słychać. I tak strasznie się bałam, żeby nie była w ciąży, bo nie dałabym rady jeszcze z dodatkowymi obowiązkami. Umarłabym dosłownie. Wiedziałam, że wszystkie obowiązki spadłyby na mnie. I nawet jak myślałam, że jak podrosnę to się stąd wyrwę, to wiedziałam, że jakbym „uciekała” to musiałabym wziąć ze sobą to dziecko.

Czasami do mnie mówiła, że powinnam się cieszyć, że mnie karmi, kształci i urodziła mnie – i NIE ZEPSUŁA!!! Te NIE ZEPSUŁA było wymawiane bardzo często, że zdążyłam zapamiętać.

Mój brat nie miał obowiązków w domu żadnych. Poza jedzeniem. Mama zawsze dbała by miał najlepsze kąski. Ja musiałam sobie coś tam zrobić. I kupowała mu nowe ubrania. – Bo to chłopak. Musi mieć – tłumaczyła. Jak kiedyś nazbierałam sobie pieniądze i kupiłam nowe spodnie, to nie odzywała się do mnie kilka dni. Powiedziała, że brzydko wyglądam, że nie umiem oszczędzać, do niczego się nie nadaję i ona ich nienawidzi. Tych moich spodni. A jak pójdę do szkoły, to mi je potnie. Zresztą raz mi obcięła spodnie, które lubiłam nosić.

Byłam wyzywana. Przez nią i brata, który się dołączył i któremu pozwalała. Wyzywali mnie gdy ojca nie było w domu. Jak był, to się bali. Wyzywali mój wygląd, moich znajomych, moje upodobania, wszystko, nawet moje choroby… Byłam nazywana grubą, szyją (ze względu na kręcz szyi, który miałam na tle nerwowym), znajdą…

I jeszcze dwa wydarzenia, które trzymam w tej skrzynce. Uczyłam się dobrze, bardzo dobrze. Wzięłam udział w olimpiadzie. Wygrałam etap wojewódzki. Gdy wróciłam dumna do domu z prezentami, to czekała na mnie awantura. Mama kazała mi oddać wszystkie te rzeczy, bo na pewno je ukradłam i ona się za mnie tyle wstydu musi znowu najeść. Choć nigdy nic nie ukradłam. Nie pomagały tłumaczenia. Dopiero następnego dnia, gdy ktoś jej pogratulował, przestała mnie straszyć. Mogłam zatrzymać nagrody. Gdy tylko wyjechałam na wakacje (gdy byłam starsza sama sobie organizowałam wakacje: pielgrzymki, rekolekcje, potem pracowałam z dziećmi na koloniach) zabrała mi mój wygrany „radiomagnetofon” dla siebie, mówiąc że ja nie potrzebuję, a jej się przyda. Zresztą zabierali mi z bratem wiele rzeczy. Cokolwiek miałam nowego, fajnego zabierali. Gdy sobie coś kupiłam, zabierała i w tym chodziła. Raz nawet pod moją nieobecność oddała mojemu bratu moją ukochaną gitarę. Brat miał słoniowe ucho i palce, tylko mi zniszczył i oddał gitarę. Magnetofon wzięła mama, bo brat swój miał.

Drugie wydarzenie podobne. Byłam na pielgrzymce. Moja koleżanka z grupy, z którą nocowałyśmy razem w jednym domu, ukradła aparat fotograficzny. Zrobiła się afera. Od razu to ja zostałam oskarżona. Zabrano mnie z grupy, nic nie mówiąc. Przewieziono samochodem do wsi, w której nocowaliśmy. Tam była już grupa osób. Wystawiono mnie na środku wśród ludzi i kazano się przyznać. Potem kazano mi wyjąć plecak. Przez cały czas słyszałam groźby i wyzwiska. Tłumaczyłam, że to nie ja. Wtedy gdy szukałam tego plecaka, dziewczyna się przyznała. Mnie odwieźli z powrotem do grupy. Byłam roztrzęsiona. Tam spotkałam mamę. Mama była cała zapłakana. Szła wśród koleżanek, które ją prowadziły i uspokajały. Podeszła do mnie i powiedziała: – A w domu tyle aparatów. Jaki wstyd. Co ludzie sobie pomyślą? Nie wytrzymałam tego. Pamiętam, że obróciłam się na pięcie i zaczęłam biec w drugą stronę. Biegłam, mijając kolejne grup ludzi. I płakałam… gonili mnie… duchowni w sutannach,  jacyś ludzie, ale nie dali rady. Z biegania byłam najlepsza w szkole… Wskoczyli w samochody. Pościg trwał. Miałam serdecznie dość. Wszystkiego i tej mamy… I sobie pomyślałam, że mam gdzieś to dokąd dobiegnę – mam nadzieję, że mnie nie znajdą. Nie chcę takiego życia. Byłam zdesperowana. Byłam gotowa na ucieczkę od tego swojego życia. Doganiali mnie tymczasem samochodami, więc puściłam się w pole. Takie pełne zboża. Biegłam i biegłam. Po czym zatrzymałam się i schowałam w tym zbożu. Chciałam tam przeczekać aż się sytuacja uspokoi i będę mogła spokojnie wyjść. I zostałabym tam, daję słowo, na zawsze. Niestety przypomniałam sobie ostrzeżenie ojca, żeby nie wchodzić w zboże, bo tam często dziki siedzą. I ten strach mnie ujawnił. Szkoda. Ale żałowałam. Znaleźli mnie i zabrali z powrotem do grupy. Tam mnie przeprosiła ta koleżanka. Inni nie – ani kierowca, ani ksiądz, którzy mnie zwyzywali (nie będę przytaczała przekleństw, ale byłam zwyzywana przekleństwami, a ksiądz który przy tym był powiedział, że będę się smażyć w piekle i po mnie widać, że jestem do niczego, złodziejka), ani inni uczestnicy, którzy dodawali swoje, ani gapie co przyszli się pośmiać, ani mama…

Powiedziałam, że wrócę pod warunkiem, że do końca tej pielgrzymki będę szła w innej grupie. I szłam. Nie chciałam na nich patrzeć, na mamę też…

Przygoda skończyła się trochę inaczej. Zjawił się tam biskup, który zobaczył mnie jak siedziałam sama na mszy i płakałam. Znał mnie z parafii, bo byłam od lat zaangażowana w życie parafii. Podszedł i zapytał, co się stało. Ja, że nic. On mnie zaprosił w takim razie na herbatę, bo twierdził, że dobrze mi zrobi. Poszłam. Pękłam. Rycząc i się zanosząc, opowiedziałam mój smutek. Nie napiszę, co wtedy powiedział, bo nie wypada. Ale powiedział coś, co pamiętam do końca życia: – Córcia, Ty już nie płacz. Wystarczy. Teraz inni będą płakać. Kazał wezwać do siebie wszystkich po kolei. Na końcu powiedział: – Co z tą twoją matką, mój Boże, jest nie tak? Z tych emocji nie pamiętam wiele z tego, co było później. Pamiętam, że wszyscy po kolei przychodzili mnie przepraszać. Biskup nie dał się zwieść opowiadaniom księży, którzy próbowali rozmiękczyć sytuację, że wszystko załatwili jak należy. Jak jeden mąż – odchodzili z burakiem na twarzy od swego przełożonego. Głupio mi było, że przeze mnie tyle zamieszania… Jak wróciłam do domu, nikt o tym wydarzeniu nie wspominał. W roku następnym, gdy chciałam iść na pielgrzymkę, brat tylko powiedział: – Pamiętaj, że w tym roku modne są kamery! A mama gromko się śmiała…

Mogłabym do tej skrzynki wrzucić jeszcze kilka rzeczy. Tylko napomknę: nie miałam swojego pokoju. Dzieliłam go z mamą i szafę też. Nie miałam swojego łóżka, tylko brałam takie zagłówki z kanapy i składałam je koło siebie i tak spałam. Nie miałam własnego biurka, tylko stolik na kwiaty, a potem i to mi zabrano, bo kwiaty ważniejsze były. Nie miałam nowych rzeczy, tylko po bracie lub z lumpeksu. W jedne święta Bożego Narodzenia nie dostałam żadnego prezentu, bo nikt nie zauważył. Przełykałam te łzy długo (ojciec poleciał do szafki i wyjął 100 zł – na co mama się obraziła, że mi daje pieniądze). Nie byłam nigdzie na wakacjach. Matka uczyniła sobie ze mnie powierniczkę jej problemów. To do mnie płakała i zwierzała się ze wszystkiego. Nawet mówiła, że ojciec zmuszał ją do seksu. Jak ja nie chciałam tego słuchać, nie chciałam bardzo. Nie!!! Mówiła o wszystkim. Wyrażała też życzenia bym opiekowała się nią, broniła przed ojcem, pomagała we wszystkim, bym zajmowała się bratem – by sobie niczego nie zrobił, bym organizowała święta i rozmawiała ze wszystkimi na zewnątrz. To ja nie spałam po nocach, gdy ojciec wyrzucał nas z domu i zamykał drzwi, by ich wpuścić, gdy zaśnie. To ja próbowałam skleić połamane w szale przez ojca krzesła. To ja czuwałam przy drzwiach całą noc, by ojciec nie pozabijał nas siekierą, którą przyniósł i postawił w przedpokoju. To ja wreszcie woziłam go do lekarza, bo nikt nie mógł się z nim dogadać. To ja organizowałam święta – najtrudniej było ich uspokoić i posadzić przy stole. Mama w tym czasie płakała w pokoju, że świąt nie będzie… To ja kupowałam wszystkim prezenty… choć dla mnie brakowało… To ja…

Brat był chroniony przez matkę. Wysługiwał się mną, wyzywał. Mama mówiła mi, że mam nic na niego nie mówić tacie. Kazała mi sprzątać w jego pokoju. Odkurzałam mu pokój i sprzątałam w szafie. Podpowiadał mi różne rzeczy, które mam robić, za które dostawałam lanie (słowa, których znaczenia nie znałam, przekleństwa). Pamiętam też zabawy, które wymyślał. Lubił takie namioty. Tam się chowaliśmy i bawiliśmy. Najczęściej w wojnę. Wymyślał też zabawy w rozbieranie i kazał mi się dotykać. Gdy mówiłam mamie, zabroniła mu i nie kazała mówić tacie. Na szczęście było to sporadyczne i nie przerodziło się w coś gorszego, bo obawiam się, że mama by nadal go chroniła. A winna byłabym ja.

Co czuję dziś, gdy patrzę na tę skrzynkę? Sama nie wiem. Chyba nie czuję już nic. Nic do tych ludzi. Szkoda mi tej małej, zagubionej, niekochanej dziewczynki. Przerażonej i zagubionej w świecie dorosłych. Dziewczynki, która stała się dla swoje matki zabawką, powierniczką, broszką, kozłem ofiarnym, na którym można wyładować swoje frustracje, służącą i przedmiotem obelg… Co mam czuć? Nie znam matczynej miłości. Czuję pustkę.

Uczę się miłości do siebie… bo jestem wspaniała!!! Tak ostatnio ktoś napisał pod moim postem! Pierwszy raz w życiu tak się do mnie ktoś zwrócił! Wspaniała!!! Tak się uczę na siebie patrzeć. Tak patrzą na mnie moje dzieci i mój mąż. Tak ja patrzę na moją córkę. Mam córkę. Taką wymodloną i wyczekaną . I gdy patrzę w jej ciemne, sarnie oczy widzę wspaniałą osóbkę! Cud życia! Za każdym razem jestem wzruszona. Kocham ją!!!

To, co napisałam – to moja czarna skrzynka… rzadko tam zaglądam!!!
Jest gdzieś głęboko we mnie. Ale nie jest mną. Jest jak film, który pamiętam. Czasami sama się zastanawiam, czy to mogło zdarzyć się naprawdę?
Tylko czasem, gdy jest mi smutno, to w niej znajduję odpowiedź.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s